Odkrywaj


Przygotowuje się metodycznie. Jest ulubiony koc i stabilnie podparcie, dobre ułożenie rąk. Maskuje ją bezruch. Wzrokiem namierza obcych. Jesteś. Trzyma cię na muszce. Jest w tym chłodny dystans. Spojrzenie przyjmuje bez poruszeń. Jakby jej nie było.

Tylko odważ się złamać ten lód, a gdy znów się pojawisz, okno będzie puste. Taki cichy protest.

Warto było wejść na jej teren:










Wapienna | Wrocław

Dziś będzie coś specjalnego. Magia. Wyobrażałam sobie, że klatki schodowe kamienic były planem do takich zdarzeń. Teraz mam żywy przykład. Słodko-gorzkie, autentyczne wspomnienia napisane i przesłane przez Panią Honoratę. Chodźmy do kamienicy ukrytej na Pasteura.  

Początki

"Dla mnie te pierwsze 15 lat tam spędzonych to piękny czas (1972-1986). Dla moich Rodziców już mniej, bo było im po prostu ciężko. Z ogromną radością przeprowadzili się na Kozanów po 20 latach czekania na przydział mieszkania. Ja wyprowadzałam się stamtąd ze łzami i długi – naprawdę długi czas (może z kilkanaście lat nawet) różne moje sny umiejscowione były na Pasteura.

Rodzice przyjechali do Wrocławia w '67 - Tato zza Buga, Mama z dawnego leszczyńskiego; oboje z bardzo małych wiosek. Mama pochodząca z wielodzietnej rodziny bardzo wstydziła się kupować  np. pół chleba. Wydawało jej się, że wszyscy patrzą, że tak mało bierze. A przecież nikt tak naprawdę nie zwracał na to uwagi. (...)

Mieliśmy dwa duże pokoje, takie po 20 metrów każdy (przez pokój Rodziców przechodziło się do pokoju dzieci (czyli do mojego i mojej starszej o 5 lat siostry). W pokoju Rodziców był balkon. A że był to parter, to podwórze oglądałam z dołu. Nie to co u Grażyny w kamienicy na przeciwko. 3 wysokie piętro, to dopiero był widok! Albo u Marty - mieszkała na samej górze, na adoptowanym strychu w tej klatce schodowej, w której sfotografowała Pani kafle z gołąbkami.

Występki

Po jakimś czasie Rodzice dogadali się z sąsiadką i podzielili dość długą kuchnię na dwie mniejsze. Przy suficie zamontowali duże dwie szyby, żeby do  nas  przechodziło światło. W ten sposób było  dość jasno, ale też Robert – syn sąsiadki, starszy ode mnie o rok podglądał nas przez te okna. Właził skurczybyk na coś i nas podglądał. A w kuchni odbywało się codzienne grzanie wody do mycia naczyń, ale też do mycia siebie w misce.(...)

Raz nam okradli piwnicę. Mieliśmy dużo weków z mięsem... Wszystko ukradli. Nie pamiętam ile tych słoików było, ale „uczciwy” złodziej zostawił w zamian dwie wielkie, kolorowo ilustrowane encyklopedie… w języku niemieckim.

Tamten świat

Podwórko! Teraz tam stoi auto przy aucie. W latach 70 i 80 były tam drzewa i trawa. Nawet fontanna tam stoi (choć czynna tylko za Niemca). Bawiliśmy się w niej w sklep, dom, szpital, szkołę.  Szczególnie chętnie wspominam zabawę w pokaz mody, gdzie na patyczki nadziewałyśmy liście w różnych kształtach tworząc w ten sposób sukienki naszym „lalkom”.  Lubię  wspominać te patyczki,  bo to taka prawdziwa zabawa z niczego. Dziś rzadko które dziecko potrafi się bawić nie mając w zasadzie NIC do dyspozycji. Jak choćby te kafle i gapienie się w nie z nabożnym pietyzmem.

To mi zostało do dziś. Jak spaceruję z moim synem, to wchodzę czasem do klatek schodowych. Podziwiam schody, patrzę czy są kafle, sztukaterie, czy pozostały jeszcze  stare wysokie  drzwi do mieszkań (...)

Mieliśmy wspaniałe podwórko. Z przejściówki w dół, w stronę fontanny zjeżdżaliśmy na wrotkach dopóki kociara nas nie pogoniła. Kociara miała kilkadziesiąt kotów i mieszkała w tej przejściówce. Tam też kiedyś były piękne kafle.

Mundek

Każda klatka schodowa była śliczna. Podobały nam się, gadałyśmy o tym z koleżankami. Pod szesnastką mieszkała Kaśka, Aśka i Grażyna. Grażyna miała piekielnego psa Mundka rasy pekińczyk. Oprócz swojego szpetnego spłaszczonego kinola nie miał jednej przedniej łapki, bo spadł  z balkonu. Tak  zawsze strasznie jazgotał, że bało się go całe podwórko. Gdy Mundek wychodził na dwór (czyli wypuszczano go samopas) pustoszała z miejsca cała okolica. Tak było. Ta mała, ruda "gnida" terroryzowała całą dzieciarnię. I to jest dla mnie fenomen, że nic z tym nie robiliśmy. To był przecież pies Grażyny, nawet do niej nie zgłaszało się pretensji. Tak po prostu było. Mundek był zastanym porządkiem rzeczy i tak trzeba było żyć i przyjąć ten stan "na klatę". Zawsze, jak szliśmy po Kaśkę, Aśkę czy Grażynę wchodząc do ich klatki schodowej robiło się znak krzyża.

Po wielu, wielu latach, mając już blisko do czterdziestki, odbyłam podróż sentymentalną po moim podwórku. Obeszłam dookoła oba budynki, ławeczki przy Odrze i przy nich bunkry poniemieckie.  Pogapiłam się na weterynarię, poubolewałam nad licznymi plombami, samochodami. Pozaglądałam gdzie się dało (a nie wszędzie, bo domofony) i tak się złożyło, że 16-tka była otwarta. Uchylam więc drzwi i nagle widzę swoją własną rękę na wysokości oczu i UŚWIADAMIAM SOBIE CO CHCIAŁAM ZROBIĆ i…i aż mi  łzy napłynęły… ja się chciałam przeżegnać…     

To zastanawiające, co w człowieku zostaje na zawsze. Mundek."

Pani Honorata

Jeszcze raz dziękuję Pani Honorato, że Pani spisała te historie. Jestem nimi zachwycona!











Wrocław | Wybrzeże Pasteura

Jest na dzielni klika starszych pań - gołębiarek. Przychodzą w okolice parku Tołpy. Długo zanim wykonają jakikolwiek ruch, by wyjąć chleb lub ziarna z torby, mają już nad sobą całe stada szarych ptaków. I jakkolwiek razi dokarmianie dzikich, przecież, zwierząt, tak imponuje ich cykliczna misja bycia gospodyniami we własnej okolicy. Może to relikt rolniczego życia, jednak zawsze robi na mnie wrażenie łopotanie dziesiątek skrzydeł oraz szczęście dawania malujące się na pomarszczonych twarzach.

Kiedyś gołębie zalęgły się nam w starej kuchence wystawionej czasowo na balkon. Zanim trafiła do piwnicy, rodzice karmili już młode. Zostawiliśmy kuchenkę, dopóki nie odleciały jako dorosłe ptaki. 

Gołębiarki rzadko trafiają na niedalekie wybrzeże Pasteura, bo ich piekarnie i warzywniaki znajdują się znacznie bliżej kamienic, w których mieszkają. A właśnie przy tej nadrzecznej, kiedyś ekskluzywnej ulicy znajduje się kafel z białym gołębiem. Czy był tu potrzebny symbol pokoju? Podczas wojny - na pewno. Kamienica ocalała mimo budowy lotniska, w które zamienił się cały obecny Plac Grunwaldzki. Kafle mamy do dziś.














Wrocław | Wybrzeże Pasteura

Wyważoną elegancję lubią w Łodzi, a my dziś wybieramy się w okolicę, gdzie obowiązują znacznie bardziej krzykliwe połączenia zieleni z czerwienią (takie i takie). I niech nie zwiedzie Was zewnętrzny romantyzm pnącego się po murach bluszczu czy urok wciąż utrzymywanych ogródków przed kamienicami, bo zamiast tradycyjnego 'Dobrze, proszę wejść' słyszy się tu lekkie, pełne entuzjazmu 'Jasne'.

Do środka wpada  ciepłe słoneczne światło, które miejscami odbija się na ścianach tęczą. To przez kilka oryginalnych frezów zachowanych na szklanych elementach drzwi. Promienie ślizgają się też po czerwonych kaflach z dekorem. 'Kaczka to czy wyrafinowana okrzemka'? - ktoś zapyta. Dla mnie bardziej kaczka. Oceńcie sami i zobaczcie, co mają przy schodach. To dopiero jest identyfikacyjna zagadka! Tymczasem zostawiam Was sam na sam z tym klimatycznym wnętrzem. Życzę przyjemności z oglądania i zachęcam do odkrywania.











Wrocław | Smoluchowskiego

Daleko obrzeżach Ołbina leży sobie całkiem stara, miejscami zapadnięta od pocisków, wymęczona rozjeżdżaniem, ale ciągle działająca kostka brukowa. Zupełnie taka, jaka jest ulicę obok. Jeden sześcian z granitu ustawiony obok drugiego, a po kilkudziesięciu rzędach - krawężnik. Nagle na kostce pojawiają się stopy. Ktoś równym tempem idzie wgłąb ulicy. Śledzę jego kroki. Startuję, gdy prawą nogę stawia pod kątem sześćdziesięciu stopni. W biegu łapię zamykające się drzwi.

Przechodzimy przez lastryko, a później cementowe kafle z Leśnicy. Takie charakterystyczne, sześciokątne. Teraz oboje oglądamy ściany. Przez okulary lub obiektyw. Litery vs. wzory, ogłoszenia sąsiedzkie vs. kafle misieńskie.

Rozmawiamy chwilę o kamienicy. Chwalę mieszkańców za korytarz, zauważam zalety klatki schodowej. Osoba, za którą tu przyszłam odpowiada krótko i konkretnie:

- Dziękuję. Bardzo się staramy.

______________

Jak wiele nas 'spotyka', a o ile się staramy?








Wrocław |  Bujwida



Poznaj Gospodarza

- Tak to kiedyś wyglądało - podaje mi wydrukowane, czarno białe zdjęcie. - Przed każdą kamienicą zieleń. I dlatego teraz tyle walczę z tym trawnikiem. Nigdy bym nie pomyślał. Ja i ogródek? No ale co zrobię, chcę mieć ładnie! - mówi, a kącik jego uśmiechu kołysze się kokieteryjnie. Przecież od razu wiem, że wszystko, co robi musi być dopięte na ostatni guzik.

Z drzwi obok wychodzi kobieta, chwali zmiany przed domem. - Ładnie, ładnie, ale to dopiero początek, Tutaj planujemy zlikwidować ten peerelowski kwietnik, a pod ścianą - rysuje rękami prostokąt w powietrzu - będzie stojak na rowery. - Tak, tak. My też musimy zrobić porządek - obiecuje sąsiadka. - To cóż, zapraszam do mnie. Pożyczę narzędzia, jak trzeba.

- Przyznam, że chwilę patrzyłem co tu pani robi. Jak to mówią, mam coś na punkcie tego miasta - stwierdza. Przyznaję, że ja też. - Coś pani pokażę - i zaprasza mnie do swojego gabinetu.

Na dzień dobry rozkłada wielką mapę powojennego Wrocławia. Opowiada, pokazuje zniszczone dzielnice bez dachów, omawia przebieg frontu. Przeglądamy albumy "Wrocław na fotografii lotniczej okresu międzywojennego" i "Wrocław 1947". Porównujemy, odnajdujemy ciekawe punkty. Zauważam, że ma kilka takich zdjęć przypiętych do tablicy nad biurkiem.

- A tak właściwie to jestem Piotr.

Wrocław Piotra

- Tutaj, pamiętam, bawiliśmy się z kolegami. Aż wstyd się przyznać, że się to pamięta. A tu jest plac muzealny. Wiesz czemu jest muzealny? - zwraca się już do mnie per 'ty' - To akurat mi koledzy opowiadali. Teraz stoi tam szkoła, tysiąclatka. Muzeum rozebrali dopiero w latach 60. Dlaczego? Dzieci było dużo, a budynek miał kolumny z marmurów. Chętnie brała to Warszawa. Taki materiał! Inne budynki też znikały w pierwszych latach wojnie. Na przykład obok dzisiejszej opery... Ale czekaj, bo pominęłaś  najważniejsze! Zobacz co jest w holu, ale zanim wyjdziesz, zasłoń oczy, jeszcze zasłoń. Ok... A teraz obróć się!

Miał rację. Wielki wydruk archiwalnej pocztówki (patrz niżej) dumnie wisi naprzeciwko wejścia. Na nim ulica Świdnicka, ale w nieco innym kształcie. Dzisiaj czegoś brakuje.

- To Generalna Komendatura.

Ukryte

- Chodź, pokażę ci jeszcze jedną ciekawą rzecz. Musimy chwilę się przejść.

Mijamy nowy budynek. Powstał na działce po wyburzonej białej willi. Wgłąb ulicy drzewa zagęszczają się. W końcu stajemy.

- Czy to nie jest piękne? - otwiera ramiona gestem włoskim, jak jego okulary oraz perfekcyjnie dopasowana marynarka. Prezentuje minaturkę parku Tołpy. - Aż chce się oddychać! Na chwilę z pracy wyjść! Wiesz, to była porządna dzielnica i taki skwer to czysty prestiż okolicy. Takie ukryte cudo.

Zgadzam się z każdym słowem. Trafił swój na swego. Ale zaraz, jeszcze nie mam żadnego zdjęcia kafli. Żegnamy się i szybko wracam do kamienicy, bo każdy ma jakieś ulubione UKRYTE.














Zdjęcie, które podał mi Piotr było bardzo podobne do tego:











Wrocław | Saperów