Kiedy głód zacznie wyraźnie dotykać głębin żołądka, ustalamy kto dzisiaj wyrusza do piekarni. Jeśli akurat wypada moja kolej, to wiadomo, że na wgryzanie się w chrupką skórkę pachnącego szlacheckiego trzeba będzie poczekać dłuższą chwilę.
Trasę znam już chyba na wylot, a jednak dalej nie umiem przejść najkrótszą drogą do celu. Jakimś cudem zawsze znajdzie się coś ciekawego. To mój ulubiony stan, dlatego nawet gdy poszczę odrobinę za długo, pozwalam nogom swobodnie się ponieść. Głód odkrywania wygrywa ze ssaniem w żołądku.
Bywa, że aby zaspokoić apetyt wystarcza mi druga strona ulicy. Sunę wtedy między trochę zbyt bujną roślinnością starych przedogródków i szczelnie zaparkowanymi autami, które - gdy w końcu odjadą - zostawiają czarne plamy na płytach chodnikowych. Wypukłości i wgłębienia drogi podbijają podeszwy butów zmuszając mnie do ciągłej korekty toru przejścia. Co kilka kroków w równo ułożone bazaltowe kostki wdziera się nieforemny, granitowy bruk. Ostrożnie wchodzę na tę chybotliwą nawierzchnię, którą na końcu sklejono asfaltem z brzegiem chodnika w postaci charakterystycznej płyty o kształcie bardzo krótkiej kredki. Odbijam w mini alejkę pod rzadko mijane drzwi kamienicy. Chwytam za klamkę. Otwarte.
A kiedy już zjem najlepsze śniadanie tygodnia, mogę zobaczyć zdjęcia z jednej z odwiedzonych klatek schodowych. Niebieskie, geometryczne kształty ceramicznego dekoru układają się jak szkiełka w kalejdoskopie. Ten wzór można ułożyć na różne sposoby, zupełnie jak moją trasę. Horyzontalnie, ale i pionowo, ponieważ elementy „sklejają się” w całość. Jak? Spójrzcie na prostą wizualizację na końcu wpisu.
Ps. Miło Was tu znowu spotkać :)
Pozdrowienia,
Magda
![]() |
Wrocław | Orzeszkowej











0 comments:
Prześlij komentarz