Rozgość się, odkrywaj skarby ✨


Gdybym miała psi węch z pewnością znalazłabym to miejsce wcześniej. Niestety w kwestii odkrywania detali mogę polegać praktycznie wyłącznie na zmyśle wzroku. A w tym przypadku wszystkie inne poszukiwawcze sztuczki na niewiele się zdały.  


Nawet nie wiem jak wiele razy kropka mojej lokalizacji niemal pokrywała się z tym miejscem, a ja przechodziłam dalej. Krążyłam wokół, eksplorowałam, ale nie miałam pojęcia, że coś tak wyjątkowego mijam praktycznie o włos. 


Aż w pewien sierpniowy dzień, rozgrzany prawie do czerwoności Wrocław uchylił przede mną rąbka tajemnicy. Nagle wyrosła przede mną kamienica. Niby coś zapowiadało jej istnienie, ale poszlaka była za słaba. Budowla sprawiała wrażenie trochę wklejonej w nie tą przestrzeń. Z zagadkowo niedokończonym skrzydłem. 


O jak ja chciałam wejść do środka, to nawet nie wiecie! W głowie podczas sekundy powstało kilka scenariuszy na zdobycie (pokojowym) szturmem tej twierdzy. I kiedy już myślałam, że będę musiała wykorzystać wszystkie moje sztuczki, żeby dostać się do tej kamienicy... Podeszłam. Popchnęłam drzwi. Weszłam. Tyle.


No nie do końca tyle, bo złapałam się za skronie, otworzyłam szeroko oczy i jeszcze szerzej usta ze zdumienia oraz westchnęłam "wow, o wow!". Moje słowa, a raczej dźwięki wydane znowu prawie po psiemu (marna rekompensata wspomnianych już niedostatków sensorycznych) odbiły się cichym echem po wnętrzu w znacznym stopniu wyłożonym ceramiką. Ale jaką! Trafiłam na tak rzadko spotykany wzór!











Powstał w fabryce NSTG w Grohn. We wrocławskich kamienicach dominuje Miśnia. 

Wrocław | Przedmieście Świdnickie 



Nie będę kłamać, nazwy kawiarni na Ołbinie trochę mnie bawią. Kiedy patrzę na mapę, mieszkam w trójkącie rozpiętym między Di, WW oraz A. Nie ma tu żadnej pomyłki, każda kawiarnia przedstawia się jedno lub dwuliterowym szyldem. Dzisiaj idziemy do miejsca, które przeszło samo siebie w minimalistycznym nazewnictwie. A. - pojedyncza litera z kropką. Kto to w ogóle wymyślił?

Lokal przeżył już kilka generacji kebabów i sklepów monopolowych, żeby nagle pokazać się w zupełnie nowej odsłonie. Jego potencjał dostrzegła koreańska para. Sprzedają tu magdalenki (słodkie babeczki), robią intensywną w smaku kawę, a przybyłym pieskom rozdają smaczki - ku wielkiemu zadowoleniu zwierząt i jeszcze większemu - ludzi. A kiedy poziom cukru i kofeiny zostanie uzupełniony dodają jeszcze uśmiechy typu „całym sobą” i polskie „do widzenia”.

Choć nigdy nie byłam w Korei, czuję, że kawiarnia wygląda dokładnie tak, jakby powstała na lokalnym osiedlu w Seulu. Cały wystrój to proste, jasne stoliki, które są tylko tłem dla lady ze słodkościami i stanowiska kuchennego - serca lokalu. Nie poczujemy się tu jak w domu pełnym antyków lub w amazońskiej dżungli, do czego przyzwyczaiły nas inne kawiarnie. Jesteśmy po prostu na kawce i ciastku, robimy koreańskie A., czyli spędzamy beztroski czas między posiłkami. Kto by jeszcze chwilę temu pomyślał, że to wszystko będzie się rozgrywało przy budzącej się wreszcie do życia ulicy Żeromskiego? 

Zmiany skrzyżowania Daszyńskiego z Żeromskiego na podstawie Google maps w latach 2011-2024.

Chyba najbardziej w A. ujmuje mnie właśnie brak kierowania się średnią opinią tego miejsca. Właściciele nie mają w pamięci jak dawniej wyglądało, biorą je takim jakie jest teraz. Może właśnie dlatego wystawili stoliki przed lokal, żeby w sąsiedztwie roślin i drewnianych podestów można było sobie posiedzieć. Takie chyba było założenie, ale jak dotąd nikt się nie odważył :)

Gdy pierwszy raz odwiedzamy A., trochę szkoda nam właścicieli. Jesteśmy jedynymi gośćmi. Po głowie krążą myśli Co oni sobie wymyślili? Czy tutaj przetrwają? Prosto z kawy idziemy (wyjątkowo razem) do kamienicy, w której mamy dziwne spotkanie, ale to opowieść na kolejny raz. Wracając zaglądamy do kawiarni. Z zewnątrz wydaje się pusta, jak godzinę wcześniej, gdy w niej siedzielismy. Jednak im bliżej podchodzimy, tym wyraźniej widać, że każdy stolik jest zajęty.

Wy także możecie odwiedzić to miejsce. Z ciasteczek najbardziej polecam spróbować ryżowe, z przypieczoną z wierzchu skorupką i konsystencją japońskich mochi w środku. Nietypowe, ale najbardziej autentyczne. Dobrze smakuje z kawą :) 

A teraz pora na zdjęcia kafli z Żeromskiego, najbliższych kawiarni. Ba! Nie da się bliżej A.

Pozdrowienia, 

Magda










Wrocław | Żeromskiego








Soboty już takie są, że kupujemy chleb na Barlickiego. Nie wiem czy chodzi o klasyczny smak, pierwszorzędną świeżość, a może wyczekiwany przez cały tydzień śniadaniowy rytuał, ale ten chleb nigdy mi się nie nudzi. Nie dorównują mu wypieki z (bardzo dobrych z resztą) nowych miejsc. Te zachwycają na 2-3 razy, a póżniej w kuchni smutno schną o wiele za grube niedojedzone piętki.

Kiedy głód zacznie wyraźnie dotykać głębin żołądka, ustalamy kto dzisiaj wyrusza do piekarni. Jeśli akurat wypada moja kolej, to wiadomo, że na wgryzanie się w chrupką skórkę pachnącego szlacheckiego trzeba będzie poczekać dłuższą chwilę.

Trasę znam już chyba na wylot, a jednak dalej nie umiem przejść najkrótszą drogą do celu. Jakimś cudem zawsze znajdzie się coś ciekawego. To mój ulubiony stan, dlatego nawet gdy poszczę odrobinę za długo, pozwalam nogom swobodnie się ponieść. Głód odkrywania wygrywa ze ssaniem w żołądku.

Bywa, że aby zaspokoić apetyt wystarcza mi druga strona ulicy. Sunę wtedy między trochę zbyt bujną roślinnością starych przedogródków i szczelnie zaparkowanymi autami, które - gdy w końcu odjadą - zostawiają czarne plamy na płytach chodnikowych. Wypukłości i wgłębienia drogi podbijają podeszwy butów zmuszając mnie do ciągłej korekty toru przejścia. Co kilka kroków w równo ułożone bazaltowe kostki wdziera się nieforemny, granitowy bruk. Ostrożnie wchodzę na tę chybotliwą nawierzchnię, którą na końcu sklejono asfaltem z brzegiem chodnika w postaci charakterystycznej płyty o kształcie bardzo krótkiej kredki. Odbijam w mini alejkę pod rzadko mijane drzwi kamienicy. Chwytam za klamkę. Otwarte.

A kiedy już zjem najlepsze śniadanie tygodnia, mogę zobaczyć zdjęcia z jednej z odwiedzonych klatek schodowych. Niebieskie, geometryczne kształty ceramicznego dekoru układają się jak szkiełka w kalejdoskopie. Ten wzór można ułożyć na różne sposoby, zupełnie jak moją trasę. Horyzontalnie, ale i pionowo, ponieważ elementy „sklejają się” w całość. Jak? Spójrzcie na prostą wizualizację na końcu wpisu.

Ps. Miło Was tu znowu spotkać :)

Pozdrowienia,

Magda











Wrocław | Orzeszkowej









Zupełnie nieświadoma tego, co zaraz zobaczę, podchodzę do ogromnych, ozdobnych drzwi. Podnoszę wzrok, by spojrzeć przez szybę i w tym momencie, mimo że stoję zupełnie sama pod obcą kamienicą wyrywa mi się głośne „o wow”!

Przechodzący obok mężczyzna z papierosem tylko spogląda na mnie z ukosa. 

Po chwili wchodzę do środka i dzieje się magia. Bogato zdobiony sufit w sieni, eleganckie, stuletnie posadzki (tu zachwyt w moim przypadku nikogo raczej nie dziwi), masywne, metalowe balustrady, oryginalna stolarka drzwiowa i zupełnie urocze sufity na półpiętrach. 

Ta kamienica wciąga. Jeden detal naprowadza tutaj na kolejny. Chce się wejść dalej, a wszystkie składają się na wspaniały klimat minionych czasów. Wyraźnie czuję go tutaj w powietrzu.









Wrocław | Przedmieście Świdnickie




 

- U nas tu nic nie ma. W sensie jakichś zabytków. Nie warto, o nie. 


Ledwo ucina zdanie stanowczą kropką, gdy słyszę skrzypienie starych drzwi. W progu staje pan o srebrnych włosach. Mąż. Wskazuję posadzkę pod jego stopami, jakby miała zapewnić mi bilet do środka.


- Brudno tylko, remont, pył lata i już się sama na to wkurzam. No ale jak pani bardzo chce, to wpuszczę.


Zdarza się, że mieszkańcy nawet najpiękniej wyposażonych kamienic wciąż powtarzają, że u nich „nic nie ma”. Jakby widzieli wybiórczo, a w miejscu tych wszystkich detali były czarne plamy. Nie ma starych kafli, posadzek we wzory jak z kalejdoskopu, sztukaterii wijących się po ścianach, kolorowych, trawionych szybek, rzeźbionych balustrad, czy misternych, metalowych elementów schodów, przez które w ładne dni przenikają promienie słońca.


Czy to siła przyzwyczajenia? Mijają te same detale po 30 lat, codziennie. Inna estetyka?  Tak naprawdę w kamienicy mieszkać nie chcieli i woleliby przytulny, nowoczesny blok. A może porównanie do całej ulicy czy kwartału, gdzie w każdej klatce coś jest, ale to takie normalne, a jednocześnie wszystko po równo zaniedbane?


Klucz zgrzyta w zamku i jestem po drugiej stronie. Przed Wami jedno z tych „nic”.






Wrocław | Przedmieście Oławskie



Są takie rzeczy, które nie dają spokoju. Strzęp informacji, który rozbudza wyobraźnię. Wyraz, który wystaje spod płatu złuszczonej farby. Nazwisko na starym chodniku, które prowadzi do warsztatu kamieniarza w pięknej, opuszczonej kamienicy.

Najlepiej jest, kiedy z takiego okruszka rozwija się cała historia.


Sufit

- Dlaczego pani robi zdjęcia?

Pyta mężczyzna który przed chwilą zbiegł w kapciach po schodach. Mówię, że dla siebie, jednak to nie wystarcza.

- Ale dlaczego pani je robi? - dopytuje z lekką presją.

Chwilę się waham. Po co przyszedł? Żeby mnie wygonić? Sprawdzić? Wyjaśniam, że tworzę kolekcję zdjęć kafli z klatek schodowych we Wrocławiu. Robię to prywatnie, nikt mnie nie przysyła. I chyba zdaję jego test, bo nagle zmienia ton.

- To proszę zobaczyć, tu nad głową jest takie coś - pokazuje na wystający z sufitu metalowy kołek - to miejsce po żyrandolu. Jakim? - zawiesza pytanie i zaraz odpowiada - Na gaz. Rzadkość. Może pani zrobić zdjęcie.

Rozgląda się, przechodzi w stronę drzwi i prezentuje dalej.

- Tutaj były piękne freski na suficie. Ale wie pani, koło dwutysięcznego roku był remont - robi szeroki łuk ręką - i wszystko zamalowali. Były tam amorki, kolorowe, trochę dziecinne. Ale ja je pamiętam z dzieciństwa. Mieszkam w tej kamienicy cały czas.

Pamięć go raczej nie myli. O freskach na ścianach wspominają konserwatorzy zabytków. Putta można spotkać na fasadach okolicznych kamienic. To częsty motyw.

Uwieczniam zamalowany sufit. Typowy dla tej okolicy. Przyglądam się mu. Na powierzchni farby widać już spękania. Co odsłoni farba gdy odpadnie?




"Ruter" z Drezna

Mężczyzna sprawia wrażenie zainteresowanego historią tego miejsca. Wymienia przedwojenną nazwę ulicy - Reuterstrasse. Mówi, że nie zachowało się żadne zdjęcie tej kamienicy sprzed wojny, sprawdził w Internecie.

- Ale w Dreźnie do dzisiaj żyje jej właściciel. Taki stary Niemiec a się trzyma! Nazywa się... Zaraz... Thomas to syn. A on jest Ruter Kronner, Kriner? Jakoś tak.

Rozmowa urywa się, kiedy z mieszkania na piętrze woła starsza kobieta.

- Kafelki są tylko dotąd, zawsze tak były - rzuca na zakończenie przez ramię, choć wcale nie pytałam.

Póki pamiętam, zapisuję tylko nazwisko przedwojennego właściciela w telefonie.



Poszukiwania

Wracam do domu i pierwsze co robię to szukam nazwiska Kronner w adresbuchu z 1935 roku. Sprawdzam też Kroenner, ale bezskutecznie. Nie pasuje. W międzyczasie weryfikuję niemieckie imiona. Nie ma wśród nich Rutera. Najbliżej jest Ritter. Ale po nim też nie ma śladu w książce z adresami. Może mam za stary egzemplarz, bo skoro szukana osoba żyje, musiała być dzieckiem, gdy opuszczała Breslau.



Żałuję, że nie zdążyłam dopytać skąd spotkany mężczyzna wie o przedwojennym właścicielu. Taki jest już urok spontanicznych rozmów. Czy znał Rittera i Thomasa? Domyślam się, że tak, skoro nie tylko wymienił ich nazwisko, ale też imię syna. Może kiedyś utrzymywali kontakt? Z Drezna nie jest daleko. Czy przyjechali po latach i zapukali do mieszkania mojego rozmówcy?

Przedwojennego zdjęcia kamienicy rzeczywiście nie ma na stronach z archiwalnymi fotografiami. Może znajdę je w archiwum budowlanym i poznamy resztę historii?

To miasto ma jeszcze sporo do opowiedzenia.




Wrocław | Ołbin